Nagtabon niedaleko Bacungan (raj drugi) – Rozdział XV

Nagtabon zasługuje na miano „miejsca na końcu świata”. Nagtabon nie jest opisane w przewodniku. Dowiedziałam się o nim od znajomego Filipińczyka. Szukałam miejsca z dala od rzeczywistości, pięknego i niezapomnianego. Johnatann od razu wskazał Nagtabon i miał całkowitą rację.

Piękna zatoka, błękitna woda, całkowity brak turystów, brak zasięgu i brak prądu. Trzy bambusowe domki na krzyż zaraz przy plaży, małpy w lesie i owoce morza. Co zjeść? To co sobie przywieziesz lub upolujesz 🙂

Nagtabon – gdzie szukać tego miejsca?

Nagtabon na wyspie Palawan, ok. 20 km od Puerto Princesa w kierunku na południe. Musisz wysiąść w Bacungan by się tam dostać. O wyspie Palawan pisałam już więcej w jednym z wcześniejszych wpisów.

nagtabon filipinypalawan filipiny

Do Nagtabon jechałam nocnym autobusem. Miał dojechać rano do rozdroża w misteczku o nazwie Bacungan. Dojachał szybciej :-). Sprawdziłam była 2.30 w nocy. Było całkowicie ciemno, bo prawdopodobnie nie działał już prąd, więc wszystko co mogło potencjalnie świecić było wyłączone. Psy strasznie szczekały, a ujadanie się nasilało. Zbiegły się chyba wszystkie psy z okolicy by oznajmić, że obcy są we wsi. Hm…. co było robić. Wyciągnęliśmy śpiwory i poszliśmy spać na twardych ławkach przystanku autobusowego. Strachu wielkiego nie było bo psy obsiadły nas dookoła i pilnowały 🙂

Rankiem okazało się, że nie byliśmy jedynymi śpiącymi na dworze w tej okolicy. Niedaleko na ławce spał jeszcze jeden Filipińczyk.

Kiedy tylko wstał dzień miasteczko zaczęło tetnić życiem. Autobusy, jeepneye i trycykle jeździły we wszystkie możliwe strony jak szalone (przystanek przy jedynej głównej drodze na wyspie). Sklepy – dwa, zlokalizowane przy skrzyżowaniu zostały otwarte i co chwilę ktoś podchodził lub podjeżdżał. Dzieci szły do szkoły.

Rada: zrób tu zakupy, potem już sklepu nie będzie 🙂

Z Bacungan 6 km na zachód dotrzesz do Nagtabon. Możesz iść pieszo (z plecakami pół dnia). Możesz wziąć trycykla (więcej o filipińskiech trycyklach w jednym z wcześniejszych rozdziałów) – nic więcej nie jest w stanie tam dojachać – droga dla pieszych :-), wyboista i kamienna. Koszt trycykla – oferty rozpoczynały się od 500 peso, stanęło na 200, ok. 14 – 16 zł.

Zapakowaliśmy się do trycykla, kierowca przyjął odpwiednią pozycję do jazdy i wyruszyliśmy. Początkowo nic się nie działo. Jechaliśmy dość szybko.

Jakieś 3 km przed naszym celem podroży droga asfaltowa zmieniła się najpierw w szutrową, by potem stać sie kamienistą – z dużą ilością sporych kamieni. To już bardzo utrudniło jazdę bo trycykl, na swoich wąskich oponach miał duży problem, zdecydowanie zwolniliśmy.

W pewnym momencie zauważyłam, jak kierowca zdjął okulary, mocno chwycił kierownicę i pewniej usadowił się na ławeczce. Spojrzałam do przodu i już wiedziałam dlaczego… Droga, którą jechaliśmy, przestawała być płaska, a zamieniała się w długą i stromą drogę pod górę. Z tej perspektywy wyglądała wręcz na pionową i niemożliwą do przejechania, szczególnie za pomocą trycykla. Kierowca zredukował bieg do pierwszego i zaczął mozolnie wspinać się pod górę. Trycykl cały się trząsł, dodatkowo podskakiwał na kamieniach, a co jakiś czas wpadał w dość spore dziury. Kierowca co chwilę ocierał pot z czoła oraz szyb, które parowały za każdym razem jak tylko zostawały przetarte.

Trochę to trwało ale w końcu trycykl wdarapał się na samą górę a my odetchnęliśmy z ulgą. Ulga nie trwała zbyt długo bo jak się szybko okazało za górką jest droga pionowa w dół. Teraz byłam już pewna, że lepiej było iść pieszo. Kierowca dał jednak znak ręką, który można było przetłumaczyć – nie bój się, wszystko pod kontrolą – i powoli stoczył sowojego trycykla z górki. Dzieciom ta zabawa pewnie by się podobała, ja zaczęłam żałować tego wyboru 🙂

Zaczęłam rozmumieć dlaczego jeden z trycykli w ogóle nie wrócił żeby nas podwieźć, a inne żądały wcale niewygórowanej ceny 500 peso. Z tej perspetywy płacone naszemu kierowcy – supermenowi – 200 peso wydawało się bardzo niską opłatą. Tak czy inaczej moje rozważania na temat ceny zkończyłam szybko, bo wyłoniła się kolejna góra z jeszcze gorszym, bo wąskim kamiennym podjazdem. W tej chwili zajmowałam się jedynie opanowywaniem własnego ciała, w ten sposób żeby nie wybić sobie zębów, jak najmniej poobijać i po prostu nie wypaść przez tylną lub boczną szybę trycykla. Stwierdziłam, że te 200 peso to nic biorąc pod uwagę, że teraz na tydzień nasz driver musi iść do sanatorium, a napierw do lekarza ortopedy, który w tym kraju jest przecież płatny przed 60tką.

Uff…. najważniejsze, że ostatecznie dojechaliśmy, trycykl się nie rozpadł i nikt z niego nie wypadł, a widok, który nam się po chwili ukazał wart był wszystkich dotychczasowych niedogodności. Piękna zatoka, osłonięta górami i pusta szeroka plaża.

zdjęcie z palawan-islands.net

 

Nagtabon – piękne miejsce na końcu świata

W zatoce Nagtabon znajdują się:

  • w centralnej części niewielki „ośrodek„, na który składają się trzy domki bambusowe o różnym standardzie oraz domek, w którym mieszka rodzina opiekująca się „ośrodkiem” (30-40 zł za domek, za dobę),
  • idąc w kierunku na lewo dojdziesz do małej wioski rybackiej, gdzie są może 3 domki i kilka łodzi,
  • na prawo dojdziesz do domku bambusowego na wzgórzu, wymurowanej (nie wiadomo w jakim celu) wierzy warownej, trzykondygnacyjnej (nic tam sie nie dzieje) i dalej – tam się dojść wzdłuż plaży nie da, jest domek na wzgórzu. Jak się później okazało domek postawił – wiele lat temu – nasz rodak. Ale już wtedy był stary i od kilku lat, kiedy wyjachał, nikt go już tu nie widział. Miejscowi twierdzą, że pewnie już umarł,
  • dalej jest piękna, skalna zatoka.


Polecam przydatne linki – tanie loty, jeszcze bardziej tanie loty – dla wnikliwych, wymiana waluty szybko i tanio na podróże oraz ubezpieczenie w podróży!

flipo

baner_biblia_taniego_latania

walutomatbankier ubezpieczenie turystyczne


Nagtabon – czego tu nie ma i co można tu zjeść

Co ważne, jak sądzę dla niektórych, na plaży w Nagtabon nie ma prądu wcale. To znaczy jest, ale tylko wtedy gdy włączy się agregat prądotwórczy. Konkretnie w naszym „ośrodku” agregat włączany był codziennie, na około 3 godziny, pomiędzy 18.00-21.00.

W Nagtabon nie było też zasięgu telefonii komórkowej, ani internetu i tu włączenie prądu nic już nie pomagało 🙂

W Nagtabon nie ma ciepłej wody (której w zasadzie nie spotkaliśmy nigdzie, oprócz Sagady w Północnym Luzonie), telewizji, barów, restauracji, ośrodków hotelowych, turystów i innych takich udogodnień, które wielu uznałoby za rzeczy podstawowe.

Co do wyżywienia to mieszkańcy Nagtabon jedli głównie warzywa i owoce, które rosną koło domu, ryby i owoce morza, które znajdują się na wyciągnięcie ręki, a właściwie wędki, a w zasadzie nawet nie wędki bo kuszy. Ewantualnie klatki, które rozstawiane są na duże langusty, zwane tu lobsterami. Wokół domu biegają zwierzęta hodowlane: np. kurczaki zjadane po wyrośnięciu lub kozy.

WYPAD PO JEDZENIE NR 1 – zakończony połowem i zjadaniem langust

 

WYPAD PO JEDZENIE NR 2 – zakończony połowem i zjadaniem ośmiornicy

 

Jesteś na Filipinach? Mam nadzieję, że przekonałam Cię by do Nagtabon pojechać. Gdy się tam dostaniesz pytaj o Noya 🙂

Nagtabon na Palawanie


bankier ubezpieczenie turystycznehotelscombined

Udostępnij ten wpis, będę Ci bardzo wdzięczna – może ktoś szuka właśnie takiego miejsca na świecie 🙂

Podoba Ci się? - Udostępnij 🙂
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Jeśli spodobał Ci się ten wpis - DODAJ się do Newslettera!

Komentarze

  1. Jestem zachwycona zdjęciami i opowiadaniem (zwłaszcza o połowach). Ja niestety miałam dość nieprzyjemną sytuację na Filipinach, ale same wakacje i plaża były przecudne. A czy podróżowałaś sama, czy w grupie?

    • Hey!
      A co się stało?
      Podrozowaliśmy w dwójkę. Nie mieliśmy żadnych, ale to żadnych złych doświadczeń.
      Pozdrawiam!

Napisz komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przeczytaj poprzedni wpis:
Nacpan niedaleko El Nido (raj pierwszy) – Rozdział XIV

Jest takie miejsce na jednej z filipińskich wysp, które może wydawać się marzeniem dla wielu. To Nacpan, zwane przez miejscowych...

Zamknij