Rozdział V – Manila za dnia, brud, śmieci, slumsy i dzieci

Był wtorek rano. Hmm… w zasadzie polskie rano, bo w Manili była już 12.00 w południe. Tym razem nie daliśmy rady szybko przestawić naszego biologicznego zegara na czas lokalny. 

Rożnica w czasie to 6 godzin, kiedy w Polsce jest 6 rano (przyznacie, że niezwykle wcześnie wstaliśmy), w Manili jest godzina 12.00 (tym razem przyznajcie, że spaliśmy dość długo i pół dnia już uciekło ;-), szczególnie, że jak zwykle blisko równika jasno jest mniej więcej między 6 rano a 18.00 po południu).

 

Fajna stronka z zegarem światowym – polecam.TimeZone

 


 

Zwlekliśmy się z łóżka, w zasadzie niewyspani.

Plan był taki, żeby dotrzeć do dworca autobusowego opisanego w przewodniku, żeby kupić tam bilety na kolejny dzień, a w zasadzie noc. Chcieliśmy jechać w stronę Sagady. Sagada jest niedużą miejscowością położoną w górzystym regionie północnej części wyspy Luzon – tej samej, na której znajduje się Manila. W przewodniku opisywano to miejsce jako wioskę dla podróżujących backpakerów, czyli takich jak my ;-), którzy mają ze sobą tylko plecak i przewodnik. No nie…. mam jeszcze siebie 😉 czyli dużo szczęścia i uśmiechu! O Sagadzie napiszę więcej, jak tam dotrzemy 😉

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAKrzysiek jak zwykle uzbrojony – na miasto typu Manila bez zabezpieczenia się nie rusza, ja biorę małego laptopa 😉

Poszliśmy pieszo – lubimy to! Jasne, mogliśmy wziąć tricykla (więcej o tym pojeździe przeczytacie na Wiki) – czyli okrytą plandeką ławkę przyczepioną do roweru lub motoroweru.

Trycykle jeżdżą tylko na terenie mniejszych dzielnic i nie wykraczają poza ich granice – takie mają zasady. Koszt tricykla to, w zależności od długości jazdy od 5-40 peso, czyli między 0,40 zł – 3 zł.

Jeepney – niezależnie od długości trasy kosztuje 8 peso za wejście, czyli ok. 0,60 zł. Jeżdżą wzdłuż głównych ulic pomiędzy dzielnicami. Na oknie mają wywieszki z nazwą dzielnicy, do której jadą. O jeepney’ach pisałam więcej w Rozdziale II.

 

Fotki tricykli – zobaczcie jakie to czasem przeróżne postaci może ten pojazd przybierać 😉 Wyobraźnia nie zna granic 😉 Co więcej nie zdajecie sobie sprawy jakie pojemne mogą być te pojazdy i czego nie da się nimi przewozić!

Czyli idziemy pieszo 😉 W końcu nigdzie się nie spieszymy.

Idąc zakopconymi i brudnymi ulicami Manili dotarliśmy do jednej z biednych dzielnic. Na obrzeżach miasta są wszędzie. Brudne dzieci biegające po brudnej i wąskiej ulicy bez opieki, śmieci, psy i koty, szczury przebiegające przez ulicę, ubrania wiszące w zakurzonych oknach, małe straganiki, na których można kupić głównie cukierki, lizaki i chipsy albo inne jedzenie przygotowane wcześniej w domach.

W przydrożnych kanałach płynęły śmierdzące ścieki, a od czasu do czasu ktoś coś remontował, gdzieniegdzie były duże wyrwy w ulicy niczym niezabezpieczone.

Na to wszystko co chwilę przejeżdżały samochody dodatkowo smrodzące już zasmrodzone powietrze. Ot… uroki dużego miasta 😉

Mnie najbardziej żal, jak zwykle, było psów i innych zwierzaków. Wychudzone i brudne szwendały się całymi stadami po ulicach w poszukiwaniu choćby kawałka, pozostawionego przez człowieka, jedzenia. Na Filipinach tylko nieliczni trzymają, jak Europejczycy, zwierzęta domowe w…. domu. Psa na przykład, jeśli już ktoś ma to, zostawia go przed domem, a pies, jak to pies – pilnuje wiernie, mimo, że nie za bardzo się o niego dba. Większość to jednak bezdomne zwierzęta, żyjące samotnie lub w mniejszych grupkach, niepilnowane, niesterylizowane i w związku z tym rozmnażające się na potęgę.

Ale w tym wszystkim, słuchajcie, dzieją się rzeczy niesamowite. 9-letni chłopiec – Ken – miał podobno jedno marzenie – chciał pomagać bezpańskim psiakom i stworzyć schronisko dla zwierząt. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu na Filipinach, gdy ojciec Kena zobaczył, że jego syn codziennie wychodzi z domu nie mówiąc nikomu, gdzie się udaje. Po kilkunastu dniach tajemniczych wypraw pełen obaw ojciec postanowił, że sprawdzi, co dzieje się z synem. Gdy śledził Kena, okazało się, że nie było się czym martwić – jego syn robił coś niesamowitego!

Ken

Całą historię przeczytacie na jego stronie internetowej w wersji angielskiej lub tu, w wersji polskiej. Zachęcam Was z całych sił – kto ma PayPal może przelać choć mały datek!

 

 

 

 

 

 

Cała ta rzeczywistość filipińska mogłoby się wydawać smutna, ale wierzcie lub nie, wcale taka nie była! Ludzie byli uśmiechnięci i przyjaźnie nas pozdrawiali. Od czasu do czasu ktoś zapytał czego szukamy i czy nie potrzebujemy pomocy. Budziliśmy powszechne zainteresowanie. Rozmawialiśmy z K. idąc ulicami Manili, że to wszystko, to całe życie Filipińczyków całkowicie by się zawaliło gdyby wprowadzić tu europejskie przepisy bezpieczeństwa, bhp i przeciwpożarowej. Trzeba by chyba wszystko pozamykać, bo nic, albo prawie nic nie spełniałoby wymogów europejskich. A jednak, mimo to całe miasto działa i kręci się każdego dnia od nowa.  


 

 

Jeszcze coś o jedzeniu. Na razie krótko.

Byłam już głodna, wyszliśmy z domu Lilliany bez śniadania. Nie bardzo jednak jeszcze wiedzieliśmy co moglibyśmy zjeść w tym nowym miejscu, dodatkowo otoczenie i wygląd całości, wierzcie mi,  nie wzbudzały apetytu. K. stwierdził, że nie będzie jadł wcale i faktycznie tak było (choć potem, całkiem było odwrotnie 😉

Na jednym z tych małych straganów w zakurzonych uliczkach zauważyłam banany na patyku oblane jakimś sosem i jeszcze coś, też na patyku, ale po obejrzeniu nie widać było co to może być. Banany były smaczne. Okazało się, że są wysmażone w cukrowej polewie.

banay-w-cieście

Czyli tak (1):

obieramy banana, jeśli jest duży to go dzielimy na mniejsze części, w głębokim tłuszczu rozpuszczamy duuuużżżżżo cukru i te banany tam moczymy.

Można jeszcze inaczej (2):

obieramy banany, jeśli ….itd. ;-), smarujemy je masłem lub margaryną, obsypujemy duuuużżżżą ilością cukru i wkładamy na grilla 😉 Jedliśmy je później jeszcze wiele razy.

Polecamy!

 

 

Ta druga potrawa okazała się też być bananem, z tym, że pokrojonym w plastry, obtoczonym w mące i wysmażonym w tym samym cukrowym oleju co poprzednia wersja. Pewnie smaczne, nie wiem, nie próbowałam ze względu na zawartość mąki, której nie mogę jeść.

 

Po kilkugodzinnym spacerze zawróciliśmy, nie znajdując dworca autobusowego 😉 W zasadzie, tyle było ciekawych rzeczy dokoła, że zwyczajnie zapomnieliśmy jaki był cel tej włóczęgi. Stwierdziliśmy, że poszukamy tego w interncie po powrocie. Dalsze przebywanie na ulicach Manili było już nie do zniesienia, wierzcie mi – trudno było wziąć głęboki oddech, a płuca przy każdej próbie zaczynały zwyczajnie boleć.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do marketu. Co ciekawe , co do zawartości, podobny był do sklepów chińskich, tzn. głównie  można było tam kupić jedzenie sztuczne typu chipsy, zupki w kartoniku itp. Naturalnych rzeczy typu owoce i warzywa było jak na lekarstwo – te i inne zawsze na Filipinach kupowaliśmy na ulicy i też Wam to polecam! – smaczniej i taniej.

Podchodząc do kasy natrafiliśmy na stojący wózek wypchany po brzegi małymi paczuszkami wszelkich możliwych sztucznych łakoci. Sądziłam, że to po prostu wystawiony przed kasą asortyment zachęcający do wzięcia paczki lub dwóch dla tych co wcześniej tego nie zrobili. Okazało się jednak, że nie. Po chwili do wózka podeszła starsza kobieta i podsunęła go do kasy.

Później rozmawiając z tubylcami dowiedzieliśmy się, że wszelkie paczkowane i sztucznie produkowane rzeczy są na Filipinach droższe niż naturalne (to podobnie jak we wszystkich innych uboższych krajach). Co więcej głównie produkuje się je w małych opakowaniach jednorazowych, i to nie tylko takie rzeczy jak kawę czy mleko, ale również kosmetyki. Dlaczego? Bo przeciętnego Filipińczyka nie stać na to by kupić naraz dużą paczkę kawy, która jednostkowo byłaby tańsza niż kupienie małych paczek o takie samej zawartości wagowej. Stać go natomiast na to, żeby od czasu do czasu, dla luksusu, kupić sobie małą paczkę jakiegoś „dobra”. Taki właśnie asortyment był w zasadzie w każdym sklepie, który napotkaliśmy w całej naszej dalszej podróży.

Dlatego jadąc na Filipiny zdecydowanie nie zabierajcie ze sobą jedzenia ani żadnych kosmetyków – tu kupicie je za połowę ceny! Nie zabierajcie też zbyt wiele ubrań bo tu je kupicie równie tanio jak jedzenie.

 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAWracając do domu Liliany zjedliśmy po kukurydzy z gara stojącego przy drodze. Ja zjadłam też ryż z warzywami i mięsem nie wiadomego pochodzenia – czyli typowy obiad filipiński. K. stwierdził, że nie ryzykuje. Ja uważam, że domowe jedzenie sprzedawane na ulicy, tam gdzie miejscowi też jedzą musi być smaczne i tak było też w tym przypadku.

 

Obiad kosztował 60 peso czyli ok. 4,20 zł. Przeżyłam i nic złego się nie wydarzyło.

 

 

 


 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERANa koniec jeszcze jedna ciekawostka – na Filipinach sąsiad sąsiadowi może odczytać zużycie wszystkich mediów – to było charakterystyczne dla każdej mieściny, w której byliśmy – fajne co?

Mam nadzieję, że spędzony z nami dzień w Manili podobał Ci się – jeśli tak to „polub” poniżej tę informację dla innych!

 

 

 

 

Wcześniejszy wpis z cyklu Filipiny znajdziecie w Rozdziale IV, pt. „Pierwsze wrażenia po przybyciu na Filipińską ziemię”.

Kolejny wpis: ROZDZIAŁ VI.

 

Podoba Ci się? - Udostępnij :)
  • 10
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Jeśli spodobał Ci się ten wpis - DODAJ się do Newslettera!

Powiązane tematy

Komentarze

Napisz komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przeczytaj poprzedni wpis:
KUBA – KOLEJKA DO AUTOBUSU, A W ZASADZIE DWIE

Gdzieś na południu Kuby, niedaleko Niquero.... choć takie sytuacje spotkać możecie w różnych miejscach na Kubie i są typowe. Musicie...

Zamknij