Rozdział VI – Jak Filipińczycy z Manili bawią się i tańczą salsę oraz o nagłym i nieprzewidzianym wypadku zakończonym wizytą w szpitalu

Po dniu spędzonym na wędrówce ulicami peryferiów Manili wróciliśmy do domu i szykowaliśmy się do wyjścia.  

Przypomnę Wam, że na 19.00 umówieni byliśmy z Lillianą (naszym hostem*), na wyjazd do centrum, na imprezę salsową otwierającą rozpoczynający się 6 dniowy kongres  poświęcony tańcom latynoskim.

*”host” to osoba, która gości innych couchsurferowców u siebie w domu – o CS pisałam więcej w tu-zapraszam).

 


 

festival-manilaWięcej na temat festiwali salsowych i salsy oraz miejsc gdzie można ją tańczyć na Filipinach, a szczególnie w Manili znajdziecie na stronie poświęconej kongresowi

 

 

Tu natomiast podaję zainteresowanym salsero bezpośredni link do informacji o tym gdzie i kiedy odbywają się imprezy salsowe, bachatowe i kizombowe (tak 😉 dobrze czytacie, kizombowe też).

congres-2014

 

salsa-na-Filipinach

 

 

 

 


 

Nie bez przyczyny impreza miała się odbyć w knajpie o południowoamerykańskich klimatach. Zdjęcie zalinkowałam do facebook’a knajpowego, gdybyście chcieli kiedyś skorzystać 😉

brasaLiliana zeszła do nas na piętro około 19.30 (to tylko dowód na to, że przysłowiowa mañana na Filipinach istnieje oraz, że 19.30 zasadniczo nie rożni się od 19.00) i pojechaliśmy na party!

 

 

 

 

O dwóch filipińskich ciekawostkach:

Powiedziałam Lillianie, że gdyby chciała pić alkohol, to nie ma problemu bo Krzysiek jest niepijący i może prowadzić. Lilliana, wierzcie mi, była zdziwiona i to z dwóch powodów. Po pierwsze, że Krzysiek nie pije 😉 Po drugie, że w ogóle proponujemy taką rzecz, bo na Filipinach nie jest problemem kierowanie po alkoholu, nikt tego tu nie kontroluje.

W garażu stały cztery zaparkowane białe wozy, a każdy z przyciemnianymi szybami. Większość samochodów ma tu przyciemnione wszystkie szyby, nie ma w tym zakresie żadnych ograniczeń.

Pojechaliśmy jednym z nich.


W drodze rozmawialiśmy o życiu Liliany. Ja jak zwykle zadawałam mnóstwo pytań, ale naprawdę tylko z czystej ciekawości. Zawsze byłam i jestem ciekawa życia innych (nie, nie! nie jestem wścibska ;-)), szczególnie w innych krajach, gdzie jest inna kultura i styl życia.

Okazało się, że tato Lilliany jest Chińczykiem, ożenił się tu z jej mamą, która jest rodowitą Filipinką. Lilliana ma jeszcze dwie siostry i wspólnie z całą rodziną prowadzą tu, w Manili, prywatny biznes rodzinny – szyją ubrania sprzedawane na rynku krajowym.

Lilliana opowiedziała, że sama doszła już do tego, że zajmuje się tylko zarządzaniem. Do każdej innej czynności zatrudnia specjalistów. To – w jej ocenie, przynosi większy sukces, bo dzięki temu każda część pracy jest wykonana i to w sposób profesjonalny, a ona dzięki temu ma czas na opracowywanie strategii działania i polepszanie jakości i szybkości pracy. Tu byłyśmy całkowicie zgodne, popieram w całości tę filozofię! Dzięki takiej organizacji ma możliwość częstych podróży.

Opowiadała też, że biznes nie zawsze kręcił się tak dobrze jak teraz, kiedy gospodarka filipińska się rozwija. Wie, że to dzięki rodzicom jej życie jest tak luksusowe, bo opłacili jej i rodzeństwu drogie, prywatne studia, gdzie mogli zdobyć najlepsze wykształcenie. Ona sama uważa, że wykształcenie na Filipinach jest aktualnie gwarancją sukcesu.

LOsobiście mogę powiedzieć, że Liliana jest przedstawicielką chyba nielicznej grupy zamożnych Filipińczyków. Jest konkretną kobietą, która wie czego chce. Docenia to, że miała taką możliwość dorastania. Dzięki temu jest człowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Uważa, że jeśli ktoś chce coś zrobić to musi wykonać pierwszy krok, a potem kolejne, w kierunku realizacji swojego planu. Ona nie bierze w ogóle pod uwagę i nie rozpatruje scenariusza negatywnego. To niesamowite jak doskonale się zgadzamy – przypadek? czy tak miało być, że się spotkałyśmy na tym wielkim globie?! Uważam, że każdy spędziłby inaczej – lepiej swoje życie, gdyby miał inne – pozytywne nastawienie do życia! A tak, zwykle większość (mam tu na myśli polską nację, tacy jesteśmy – generalizując) cały czas narzeka i traci energię w całkowicie złym kierunku. Trochę o mojej filozofii przeczytacie w zakładce „o blogu i autorce„;-)

Szczęśliwa i zawsze uśmiechnięta L. wygląda tak. Zdjęcie z jej aktualnej podróży po Europie. Warto czerpać wzorce z ludzi, którzy odnieśli w życiu sukces! Stara prawda! Więc – uśmiechnijcie się!!!! i….. bądźcie szczęśliwi!


 

Do knajpy jechaliśmy pewnie z godzinę i pomimo, że było już około 8 wieczorem był jeszcze spory ruch na ulicach. Jak pisałam wcześniej – Manila 24/7. Liliana zresztą potwierdziła, że tu, w Manili, praca wrze właściwie przez całą dobę, ludzie pracują na zmiany, komunikacja i sklepy w związku z tym też.

W knajpie o tej godzinie było tylko kilka osób, podobnie jak na polskich imprezach. Nikt nie tańczył, każdy coś jadł. Przyznam, że my też byliśmy już głodni.

W karcie były zachęcające latynoamerykańskie dania o zwyczajnych, restauracyjnych cenach, ale cenowo do zaakceptowania.  K. jak zwykle zamówił wieprzowinę z ryżem, przygotowanym po kubańsku z czarną fasolą. Ja zamówiłam cachapa’ę (czytaj: kaciapę) z mięsem po wenezuelsku. Liliana zamówiła kolumbijskie pierogi z mięsem czyli arepas. To wszystko, przypominam, na filipińskiej ziemi 😉 Zapłaciliśmy, łącznie z mojito dla wszystkich, nie więcej niż 100 zł (ok. 1.400 peso).

Ponieważ chcieliśmy podziękować Lillianie za ugoszczenie nas w swoim domu – zapłaciliśmy za całość. Zwykle gotujemy po prostu coś w domu z przywiezionych z Polski składników, zapraszając naszych gospodarzy.

Dania, mimo, że oryginalne, nie były szczególnie smaczne. Były dobre, ale bez fajerwerków.  Przez kolejną godzinę czas minął nam na jedzeniu i rozmowie na temat podróży i ciekawych miejsc na świecie, które kiedyś każdy z nas odwiedził.


W tym czasie zaczęli schodzić się filipińscy salseros (tańczący salsę) i bachateros (tańczący bachatę). Niektórzy nieśmiało zaczynali już tańczyć.

Nowo przybyli podchodzili do Lilliany i ciekawością witali się również z nami, pytając skąd jesteśmy i czy tańczymy.

Z czasem robiło się coraz bardziej gwarno i tłoczno.

Co do muzyki: DJ serwował głównie klasyczną salsę liniową i od czasu do czasu bachatę.

A oto nasz DJ wieczorny i jego sprzęt:

salsa-7salsa-10

 

 

 

 

 

 

 

Tańczący wyglądali na szczęśliwych, uśmiechali się, choć sam taniec ograniczony był raczej do prostych i powtarzających się figur. Dwie, może trzy pary, prezentowały bardziej zaawansowany poziom tańca.

Nie umiemy z K. tańczyć salsy liniowej, a muzyka nie bardzo pasowała by tańczyć kubanę. Zatem głównie siedzieliśmy przyglądając się tańczącym i rozmawiając z nowo-poznanymi Filipińczykami.

Wszyscy dziwili się, że nie tańczymy, a z czasem zaczęli przypuszczać, że po prostu nie umiemy 😉

Krzysiek w końcu poszedł do dj’a z prośbą o włączenie choć kilku utworów kubańskich. Nie bardzo wiedział jaka to jest muza i spytał o konkretnego wykonawcę. Okazało się, że nie ma w swoich plikach tego rodzaju salsy. Szybko jednak ściągnął muzykę z internetu, tu nikt tego nie kontroluje. Zagrał dwa utwory Los Van Van.

Tańczącym do tej pory Filipińczykom, wydawało się, że leci ciągle to samo 😉 i dobrze!

Poszliśmy tańczyć. Przyznam….. to jest to co tygrysy lubią najbardziej! Kto jest uzależniony od salsy tak jak ja, na pewno mnie teraz rozumie 😉

Odniosłam wrażenie, że wszyscy zaczęli nam się przyglądać i jak się później okazało faktycznie tak było. Po pierwsze oni w zasadzie nie znali salsy kubańskiej, po drugie Filipinki nie są zbyt żywiołowe.

Dj widząc jak wszyscy doskonale się bawią, ściągnął z netu kilka kolejnych utworów kubańskich.

Przez następne godziny imprezy tańczyliśmy. Okazało się, że wśród nich był „ukryty” Kolumbijczyk i Hiszpan, tak szczęśliwi, że w końcu mogą sobie potańczyć salsę kubańską, że nie chcieli ani na chwilę przestać. K. tańczył wyjątkowo często, czego zwykle nie robi.

W trakcie imprezy było wiele sympatycznych incydentów hi hi – kobieca skromność (sorrryyyy, taka jestem i jest mi z tym dobrze ;-)). A więc jedna z koleżanek Lilliany powiedziała mi, że tak fajnie tańczę, że aż mnie nienawidzi (w dosłownym tłumaczeniu z angielskiego), natomiast inna dziewczyna, z Kandy, podeszła do mnie specjalnie, żeby powiedzieć, że bardzo, ale to bardzo jej się podoba jak tańczę i wypytywała mnie o wszystko co związane było z tańcem kubańskim. Panowie natomiast kiwali głowami, że fajnie, żywiołowo i z energią, której faktycznie, przyznaję, dziewczynom filipińskim brakowało.

Fotki z imprezy:

I filmik:


Była…. pewnie 2 w nocy.

Towarzystwo powoli zaczęło się przerzedzać.

Nic jednak nie wskazywało na to by Lilliana zamierzala wracać do domu. Wręcz przeciwnie – wyglądało, że jest w szczytowej części zabawy ;-), zaczęła nawet napominać, że możemy przenieść się z imprezowaniem w inne miejsce.

Siedzieliśmy z K. już lekko zmęczeni, przyglądając się tańczącym. Oni również wyglądali już „nieświeżo” 😉 Muzyka „leciała” z tableta któregoś z uczestników imprezy, dj jakieś półgodziny temu zniknął.

Na parkiet weszła Liliana z gościem od bachaty. Już wcześniej widziałam, że tańczył trochę śmiesznie, a konkretnie wykonywał dynamiczne ruchy głową, a czasem i innymi częściami ciała. Chwilę przyglądaliśmy się jak tańczą, potem zajęliśmy się rozmową.

W pewnym momencie…… usłyszeliśmy krzyk, a  kiedy się odwróciliśmy…….. Lilliana siedziała na krześle i trzymała się obiema rękami za głowę. Jej partner nerwowy i przerażony klęczał koło niej, coś wykrzykiwał, a inni podchodzili żeby sprawdzić co się stało.

My również zaraz podbiegliśmy.

Liliana siedziała z wielką opuchlizną nad okiem. Bulwa po chwili zmieniła się w ogromne odstające jajo. Okazało się, że gość tak mocno i energicznie wykonał ruch ciałem odchylając przy tym głowę do tyłu, że uderzył z ogromną siłą prosto w jej łuk brwiowy. Ten po kilku minutach spuchł tak mocno, że miał średnicę z 5-6 cm.

Nie ma co – powiedziałam – jedziemy do szpitala.

Lilliana początkowo nie chciała ale gdy spojrzała w lustro, które ktoś naprędce podał jej razem z lodem do obłożenia oka, zdecydowała, że jednak pojedziemy. Oddała K. kluczyki od swojego samochodu.

Jechaliśmy przez miasto jakieś 45 min. w poszukiwaniu szpitala. W między czasie Lilliana opowiadała, że leczenie na Filipinach dostępne jest  tylko prywatnie, dla tych, których na to stać. Tylko najbardziej podstawowe usługi medyczne dostępne są bezpłatnie dla najuboższych.

Przybyliśmy do jednego z prywatnych szpitali, w którym leczy się rodzina Lilliany. Weszłam razem z nią na wypadek gdyby potrzebowała pomocy.

Już przy wejściu panie pielęgniarki zajęły się nami. Zarejestrowały, założyły L. kartę i wydrukowały kilka nalepek z jej nazwiskiem i kodem, które później były doklejane do kolejnych, wykonywanych badań. Zmierzono jej ciśnienie, a po kilku, może 4-5 min. przyszedł doktor wraz z asystentem, jak sądzę studentem będącym na praktykach.

Liliana opowiedziała całe zdarzenie i wyjaśniła przyczynę jej podbitego oka. Możecie sobie wyobrazić – brudne, spocone, pachnące alkoholem, w tym jedna z podbitym okiem – co mogli sobie o nas pomyśleć?????????? Fakty wzbudziły później ogólny śmiech u wszystkich zgromadzonych. Skwitowali to stwierdzeniem, że imprezy salsowe są niebezpieczne i należy ich unikać 😉 Dodam może, że mnie, jakieś 4 m-ce temu, kolega w tańcu złamał nos – co potwierdzałoby tę hipotezę 😉

l1Lekarz dokładnie obejrzał Lilianę i stwierdził, że nie ma większego zagrożenia, że oko przez następne parę tygodni będzie zmieniać kolor z czerwonego, przez fioletowy do czarnego. Opuchlizna zejdzie dość szybko, natomiast kolor będzie się przesuwał w kierunku policzka. Kolejne godziny i dni potwierdziły tę diagnozę. Oko po tygodniu wyglądało tak:

Nocna wizyta kosztowała Lilianę 1.100 peso czyli ok. 77 zł – prawie 25 dolarów. Biorąc pod uwagę, że najbiedniejsi Filipińczycy mają do dyspozycji 2 dolary dziennie – 60 dolarów na miesiąc, na życie, była to dość droga wizyta.

 

 


 

Nasz dotychczasowy pobyt na Filipinach potwierdza, że kwota 200 peso na osobę dziennie, czyli 6.000 peso miesięcznie, tj. ok. 420 zł jest wystarczająca, żeby się wyżywić i umyć. Drugie tyle trzeba by wydać na jakieś skromne lokum nieopodal miasta lub na jego obrzeżach. Małe mieszkanko w górach można wynająć już za 1.000 peso miesięcznie, czyli jakieś 77 zł/m-c.

 

ubPrzy okazji wspomnę jak ważne jest ubezpieczenie w podróży!!! Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Szczególnie kiedy wyjeżdżacie poza Unię Europejską. Ja ubezpieczam się zawsze. W razie wypadku mogę liczyć na pomoc. Polecam i będę polecać Wam jedynie te produkty, z których sama korzystam. Sprawdzałam już wielokrotnie i za każdym razem bezkonkurencyjnie wypada ubezpieczenie online mBanku.


Klikając na link obok lub na prawym pasku na stronie, możecie w łatwy sposób, bez wychodzenia z domu, założyć konto (też polecam, też korzystam ;-)) i ubezpieczyć się! Pamiętajcie! To bardzo bardzo ważne!

Polecam Ci również inne ubezpieczalnie: market ubezpieczeń Bankier.pl Direct oraz ubezpieczenie turystyczne Generali To dosłownie moment by sprawdzic warunki on line. Polisę też wykupisz przez internet w kolejnych krokach.


Po powrocie do domu, po całej szpitalnej akcji wcale nie chciało mi się spać, sprawdziłam szybko maile.

Ku mojemu zaskoczeniu odezwał się do nas Russell z Sabangan! Wcześniej myślałam, że to raczej mało prawdopodobne zważywszy, że miał tylko 48% odpowiadalności na zapytania na swoim profilu couchsurfingowym. Pomimo, że zapytanie wysłałam zaledwie parę godzin temu – jednak, udało się! Zapraszał nas do swojego domu, a więc będziemy mieli gdzie mieszkać w górach.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Russell musiał być w jakiś sposób spokrewniony z rodziną Einsteina…. ale o tym w kolejnych rozdziałach 😉

 

 

Wcześniejszy wpis z cyklu Filipiny znajdziecie w Rozdziale V, pt. „Manila za dnia, brud, śmieci, slumsy i dzieci”.

Kolejny wpis: ROZDZIAŁ VII.

 

 

Podoba Ci się? - Udostępnij 🙂
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Jeśli spodobał Ci się ten wpis - DODAJ się do Newslettera!

Powiązane tematy

Nie ma jeszcze komentarzy.

Napisz komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przeczytaj poprzedni wpis:
Malta – kraj i wyspy słońca, piaskowca, zabawy i języka angielskiego

Malta to niewielki, ale piękny kraj. Byłam tam już wielokrotnie, a jednak kiedy tylko nadarzy się okazja znów tam jadę....

Zamknij