Rozdział VIII – China Town w Metro Manila, droga do Sabangan i przymusowa naprawa autokaru oraz wyczekiwane spotkanie z Russelem, prawdopodobnym synem Einsteina

Po dwóch dniach pobytu w Manili jechaliśmy w dalszą podróż. Celem był środkowy Luzon, a dokładnie wieś Sagada położona w górach – zwana przez przewodników wioską backpacker’ów.

Nie cały kilometr przeszliśmy pieszo z plecakami do głównej ulicy. Tam wsiedliśmy w jeepneya, płacąc po 8 peso na głowę (czyli jakieś 56 groszy). Nie ważne jak długo jedziesz, opłata jest stała.

 

 

Po 15 min jazdy w pyle i spalinach dojechaliśmy do przecznicy Lukson z Quezon w Manili. Stąd mieliśmy ok. 600 metrów do dworca autobusowego, tak wynikało z naszej, zakupionej przez internet, offline-mapy.


 

maps.me_Podczas wyjazdów korzystamy z takiej mapy, ze względu na brak łatwego dostępu do internetu. Używam aplikacji MAPS.ME – worldwild mapa offline.

Jest odpłatna, jednorazowo, ok. 3 dolary. Mapa dostępna jest na urządzaniach mobilnych, do zainstalowania przez PlayStore albo IStore. Więcej o mapie przeczytacie tu.


 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERANasz przewoźnik autobusowy nazywał się Ohayami Trans. Jego baza znajdowała się na rogu Lacson i Fajardo Av.

Podróż nocna – od 21.00 do ok. 8 rano kosztowała 450 peso za osobę, czyli ok. 32 zł. Dystans ok. 400 km z Manili do Banaue (środkowy Luzon), gdzie czekała nas przesiadka w dalsza drogę. Na pokładzie autokaru mieliśmy dostęp bezprzewodowy do internetu – taka gratka!

Sam autokar najlepsze lata miał już dawno za sobą.


Przy ulicy były jeszcze dworce innych przewoźników. Tam koszt za podobną trasę wynosił 650 peso – dlatego dobrze sprawdźcie, którego przewoźnika wybrać, bo ceny, pomimo, że trasa i cel ten sam, są różne.


Była godzina 16.00, więc do odjazdu mieliśmy jeszcze czas. Zostawiliśmy plecaki u miłej pani w kantorku, przy kasie na dworcu autobusowym i udaliśmy się do….. China Town – czyli chińskiej dzielnicy w Manili.

china-town-manilaChina Town w Metro Manila

Dojazd jeepneyem zabrał nam jakieś 10 min jadąc główną Quezon Av.  Chine Town jest jedną z dzielnic Manili. Opisywana jako historyczny obszar, który pierwotnie przez stulecia zajmowany był przez Hiszpanów, ostatecznie został zamieszkały przez rosnącą, również na Filipinach, rzeszę Chińczyków. Uznawana jest na świecie za największą chińską dzielnicę w dużym mieście. Dziś miejsce centralne obszaru zamieszkiwanego głównie przez Chińczyków.

Wysiedliśmy z jeepneya na placu centralnym dzielnicy tuż przy kościele Quiapo.

 

W kościele, wielkości gnieźnieńskiej katedry, właśnie trwała msza. Dokoła w najlepsze działał targ ze wszystkim: jedzenie, dewocjonalia, lekarstwa, sprzęt rtv, motosprzęt, sprzęt do karaoke (Filipińczycy to uwielbiają) i wszystko czego jeszcze nie wymieniłam.

Główna ulica to Ongpin. Jej przejście zajmuje pewnie z 10 min. Włóczenie się po pozostałych uliczkach sąsiednich może zająć godziny. Można też smacznie zjeść poczynając od słodkich bananów, przez owoce i warzywa, a kończąc na słonych, suchych rybach do chrupania, jak chipsy.

To było jedyne miejsce, w którym udało nam się kupić prawdziwy, świeży i na miejscu przygotowany sok z mango wymieszany z lodem. Był przepyszny! Wyczytałam wcześniej, jako fanka tego owocu, że mango jest bardzo pospolitym owocem na Filipinach, czego nie mogę potwierdzić, bardzo rzadko spotykaliśmy go na swojej drodze. Natomiast banany – były wszechobecne, choć wcale nie tak tanie – ok. 60 peso za kilogram czyli ok. 4,20 zł.

Wybrałam filmik o China Town, z premedytacją w języku Tagalog 😉

 

droga-do-Sabangan Sagada-SabanganDroga do Sabangan

Naszym głównym celem była wioska Sagada. Ponieważ nie znaleźliśmy tam nikogo, kto oferuje swój dom czy mieszkanie w systemie couchsurfing, zatrzymać mieliśmy się w wiosce obok – Sabangan.

Nie dajcie się zwieść godzinom wskazanym na mapach powyżej 😉

Przez pierwsze 3 godziny w autobusie nic się nie działo. Chociaż nie do końca 😉 Wylot klimatyzacji znajdujący się nad moja głową zaczął przeciekać, tak, że zaczęło na mnie kapać. Krzysiek od razu zareagował i dokonał uszczelnienia tego wylotu za pomocą mojej firanki oraz firanki sąsiada i posiadanego noża. Odkręcił też uchwyty w fotelach przednich, które zdecydowanie kuły nas w kolana 😉

Sam wyjazd z Manili zajął nam pewnie z godzinę. Po 3, może 4 godzinach, zaczęły się powoli zakręty i lekkie górskie podjazdy. Autokar stanął przy jednym z mniejszych barów. Sądziłam, że to zwykły przystanek. Krzysiek jednak stwierdził, że jest awaria i pewnie dalej nie pojedziemy. Ciekawe skąd to wiedział 😉

Wyszliśmy się przewietrzyć i rozprostować kości. Krzysiek zaczął się przyglądać co też kierowcy autokaru robią. Wiedziałam, że tak to się skończy;-) Krzysiek pozabierał kierowcom zabawki widząc jak się zabierają za naprawę.

Dla koneserów i motomaniaków:

Jak się okazało popsuł się przełącznik zespolony pod kierownicą. Jest on odpowiedzialny za włączanie i przełączanie świateł mijania. Trzeba było przerobić instalację elektryczną aby ominąć uszkodzony element, a zasilanie podłączyć do instalacji halogenowej. Była to jedyna możliwość żeby autobus miał jakiekolwiek oświetlenie i mógł jechać dalej. Okazało się również, że sama instalacja świateł przeciwmgłowych także była niesprawna. Trzeba ją było najpierw naprawić.

Całość naprawy, zabrała pewnie z 40 min.


Ja ucięłam sobie krótką pogadankę ze Słoweńcem, który też z nami jechał. Okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem, podróżnikiem, ale jak sam o sobie powiedział przez małe „p”. Był co prawda w wielu miejscach na świecie, ale w każdym raczej krótko. Z zawodu jest przewodnikiem górskim, co też powoduje, że nie bardzo może sobie pozwolić na dłuższe wyjazdy, tak z powodów finansowych jak i czasowych. Po dłuższej chwili opowiedział, że wcześniej przez kilka lat pracował jako manager, w jednej z dużych firm – typowej korporacji. Ale kiedy zaczął podróżować dojrzał do decyzji, że woli zarabiać mniej, ale mieć więcej czasu dla siebie i zająć się tym co lubi robić najbardziej. Oto kolejny przykład, że można realizować swoje marzenia! Trzeba tylko podjąć decyzję i zrobić pierwszy krok aby coś w swoim życiu zmienić. Jemu się udało, a skoro tak, to dlaczego Tobie miałoby się nie udać??!!!


Odjechaliśmy. Kolejne godziny to mozolna droga pod górę z niepoliczalną ilością zakrętów. Na szczęście udało nam się choć na parę godzin zamknąć oczy i pospać.

Do Banaue dojechaliśmy między 8 a 9tą rano. Słońca nie było, padał deszcz i było ok. 18-20 stopni C.

Banaue to wioska w górach. Jedno z tych miejsc na Filipinach, do których trzeba pojechać kiedy chce się podziwiać słynne tarasy ryżowe. Wioska otoczona jest z każdej strony wierzchołkami zazielenionych zboczy górskich. Niektóre ze znajdujących się tutaj tarasów powstały nawet 2000 lat temu. Omijamy to miejsce, bo….. jest turystyczne 😉 tarasy zobaczymy gdzie indziej.

Kiedy tylko wysiedliśmy z autokaru napadli na nas taksówkarze, kierowcy prywatnych samochodów i naganiacze wycieczek – nie lubię! Z drugiej strony zrozumiale. Taka praca a turystów w autokarze tylko 4 – Słoweńcy i my.

Obok, pod zadaszeniem, był urząd miejski, w części zajmującej się turystyką. Nałożono na nas niezwłocznie podatek klimatyczny w wysokości 20 peso od osoby (1,42 zł), ale i przekazano wizytówkę tutejszej policji, na wypadek gdyby cokolwiek złego się stało 😉 Dostaliśmy też list powitalny.

Po przejściu całej tej procedury skierowaliśmy się do wyjścia w celu znalezienia transportu do Sabangan, gdzie umówieni byliśmy z Russellem.

Na nasze pytania o transport otrzymywaliśmy jedynie propozycje dojechania taksówką za grube setki peso. Ostatecznie, zmęczeni naszymi odpowiedziami, że nie mamy pieniędzy i kolejnymi pytaniami o możliwości transportu, skierowali nas na plac skąd odjeżdżają jeepneye i vany w różnych kierunkach. Czyli można 😉 Strategi na dziecko wygrała 😉 – tak długo męczysz, aż …… wymęczysz 😉

Zejście, bo trzeba było zejść w dół krętą drogą, zajęło nam może 5 min. A tak bardzo nas wszyscy chcieli podwozić… Na placu stało już kilka jeepney’ów i vanów oraz trycykle. Kierowcy w oczekiwaniu na chętnych siedzieli znudzeni w budce popijając kawę i żując zielone liście i owoce nadające czerwone zabarwienie całej jamy ustnej oraz zębów. Jak się później okazało to wszystko pomaga na poranne orzeźwienie. Nie próbowałam – wyglądało obrzydliwie 😉

Najbliższy van w stronę Sabangan, czyli bezpośrednio tam gdzie chcieliśmy dojechać, miał odjechać dopiero za godzinę.

W tym czasie wypiliśmy sobie kawę, niestety z jednorazowej torebki typu 3 w 1 (typowe na Filipinach), zjedliśmy po bananie w cukrze i obserwowaliśmy powolne życie mieszkańców wioski.

 

Był jeden filipiński góral, który szczególnie nam przypadł do gustu ;-), niewielki, ale jaki oryginalny!

Była pani sprzedająca liście tytoniu, choć zajęta bardziej obcinaniem paznokci – uprzedzam – chodzi o paznokcie u nóg!!! Krzysiek, jak zwykle… zajmował się sprawami ważnymi, czyli zajęciami z cyklu „jakby tu coś naprawić” 😉

 

Przed odjazdem kupiliśmy też wino ryżowe dla Russella. Wino domowej roboty kosztowało 100 peso za litr, czyli ok. 7 zł. Takie samo w Sabangan można było kupić za połowę tej ceny 😉 No cóż -stacja przesiadkowa. Wino bardzo smaczne, o smaku ryżowym z zabarwieniem podpalania.

Droga przez góry i tarasy ryżowe:

Russel z Sabangan

Russel z SabanganRussel – rodowity Kanadyjczyk. Jego historia jest po krótce następująca: przyjechał z dziewczyną na wakacje 😉 na Filipiny.

Wydał wszystkie pieniądze i nie miał za co wrócić. Wobec tego został.

Ponieważ nie miał pieniędzy musiał urządzić się tanio.

Wynajął niedrogo piętro domku (cena za miesiąc ok. 70 zł) i wyposażył je w najpotrzebniejsze rzeczy, a wszystko zrobił sam z…..odpadów przeznaczonych do rycyklingu: siatek foliowych, plastikowych i szklanych butelek itp.

 

A oto jego dzieła 😉

Przyznacie – oryginalne miejsce do mieszkania. My mieliśmy własny pokój ;-), z łóżkiem! wykonanym z deski 😉


 

Russel ma sposób na życie – w końcu z czegoś trzeba żyć 😉

Zajął się śmieciami. Mieszkając w tej wiosce zauważył, że jej mieszkańcy produkują śmieci, z którymi nie bardzo wiedzą co mają zrobić. Nie działa tu wysypisko śmieci i nikt po śmieci nie przyjeżdża. Śmieci trafiają do rzeki. Wcześniej są palone, a potem resztki zmywane przez wodę.

Russel, jak mówi, miał dwie motywacje:

– nauczyć ludzi robić ładne rzeczy, np. meble z brzydkich rzeczy, które przeznaczone są do wyrzucenia,

– zapobiegać zanieczyszczeniu ziemi.

Takie ma pomysły:

Przez te 4 lata kiedy tam mieszka stworzył ogromny projekt – EcoBrics. Więcej o Russelu i jego projekcie w filmie, który polecam Wam obejrzeć  – takich ludzi jak on trzeba wspierać z całych sił!


Wcześniejszy wpis z cyklu Filipiny znajdziecie w Rozdziale VI, pt. W poszukiwaniu filipińskich peso i sklepów z żywnością – ważna porada praktyczna!”.

W kolejnym rozdziale opowiem Wam o naszej drodze do Sagady i ciekawostkach napotkanych po drodze.

Kolejny wpis: Rozdział X


bankier ubezpieczenie turystycznehotelscombined


Podoba Ci się? - Udostępnij 🙂
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Jeśli spodobał Ci się ten wpis - DODAJ się do Newslettera!

Powiązane tematy

Nie ma jeszcze komentarzy.

Napisz komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przeczytaj poprzedni wpis:
Kuba – Cypel na Cayo Jutias – zachód słońca zakończony ranami

To było gdzieś na północnym zachodzie Kuby - Cayo Jutias.  Pojechaliśmy tam w poszukiwaniu dziewiczych, bezludnych plaż. Tam właśnie skierowali...

Zamknij